Mechanizmy obronne oraz wewnętrzny krytyk to dwa procesy psychiczne, które często działają jak „wilki w owczej skórze”. Na pierwszy rzut oka mogą wydawać się naszymi sprzymierzeńcami w życiu – krytyk twierdzi, że przestrzega i mobilizuje, a mechanizmy obronne pomagają mniej czuć trudnych emocji. Jednak w rzeczywistości stają na drodze do rozwoju i dobrych relacji z samym sobą oraz innymi.
W tym artykule przyglądam się tym dwóm zjawiskom w naszej psychice. Pokazuję, jak to, co początkowo miało chronić przed bólem, później staje się przeszkodą w doświadczaniu życia i jak ten proces stopniowo odwrócić.
Mechanizmy obronne
Z mechanizmami obronnymi spotykamy się szczególnie wtedy, gdy jakieś doświadczenie jest dla nas zbyt trudne, bolesne lub zagrażające, byśmy mogli je od razu w pełni poczuć i zrozumieć. Psychika próbuje wtedy znaleźć sposób, aby ochronić nas przed nadmiarem przeżyć.
W takim sensie mechanizmy obronne nie są czymś „złym” same w sobie. To nieświadoma próba poradzenia sobie z cierpieniem. Problem zaczyna się wtedy, gdy działają sztywno, automatycznie i przez długi czas odcinają nas od tego, co naprawdę czujemy, czego potrzebujemy i co dzieje się w naszych relacjach.
Na początku pracy nad sobą często nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo działają one na naszą niekorzyść. Po cichu oddalają nas od autentyczności, ograniczają kontakt z emocjami i utrudniają bliskość. Sprawiają też, że nasz rozwój zaczyna wynikać z wewnętrznego przymusu, a nie z żywego kontaktu ze sobą.
Czym są i jak działają mechanizmy obronne?
Mechanizmy obronne to różnorodne, często nieświadome zabiegi umysłowe. Pozwalają nam do pewnego stopnia unikać tego, co zbyt trudne w przeżywaniu. Często chodzi o lęk, wstyd, złość, smutek, poczucie bezradności lub samotności. Czasem jednak obrony dotyczą także uczuć przyjemnych – takich jak radość, ekscytacja, duma czy spontaniczna żywotność – jeśli w dzieciństwie nauczyliśmy się, że nie wolno nam ich swobodnie okazywać.
Obrony działają nawykowo i automatycznie. Ich rolą jest takie zniekształcenie, odsunięcie lub przytłumienie doświadczenia, aby rzeczywistość stała się chwilowo łatwiejsza do udźwignięcia.
Unikanie odczuwania emocji zwykle nie sprawdza się na dłuższą metę. Uczucia w pewnym stopniu „przesączają się” przez nasze blokady albo gromadzą w środku i co pewien czas „wylewają się” ze zwiększoną siłą. Jeśli natomiast odcięcie jest bardzo silne i skuteczne, w skrajnym wypadku zaczynamy czuć pustkę, odrętwienie i brak żywotności, co może prowadzić do nastroju depresyjnego.
Nasza psychika unika trudnych emocji na trzy główne sposoby:
→ hamowanie odczuwania (tłumienie), w skrajnej postaci prowadzące do odłączania się (dysocjowania),
→ odwracanie uwagi,
→ szybkie odreagowywanie (impulsywne rozładowywanie).
Hamowanie odczuwania
Hamowanie odczuwania (tłumienie) prowadzi do napięcia w ciele – emocje czujemy przez ciało i dlatego próbując czuć mniej odruchowo spinamy różne partie mięśni, bo wtedy doznanie cielesne nie może się tam rozchodzić i staje się przytępione. Na skutek tego pojawia się dyskomfortowe napięcie, które możemy odczuwać w różnych częściach ciała. Często jest to napięcie w okolicach brzucha, ucisk w klatce piersiowej, w rejonie gardła, w obszarze ramion. U niektórych osób pojawia się tylko okresowo, w pewnych sytuacjach i przy pewnych emocjach. U innych, jeśli napięcie utrzymuje się bardzo długo, możemy przestać zdawać sobie z niego sprawę – zapominamy z czasem, jak to jest czuć się rozluźnionym.
Kiedy jednak samo automatyczne napinanie mięśni nie wystarcza albo zaczyna przynosić dodatkowy dyskomfort, zaczynamy tłumić emocje w sposób bardziej „zewnętrzny” – za pomocą substancji lub zachowań, które biochemicznie wyciszają nasz układ nerwowy. Powszechnym przykładem jest nawykowe „resetowanie się” wieczornym piwem po stresującym dniu.
Podobną rolę może pełnić jedzenie. Objadamy się, żeby mniej czuć – wykorzystując fizjologiczną ociężałość po dużym posiłku do chwilowego przytępienia napięcia albo szukając uspokajającego, pierwotnego poczucia bezpieczeństwa związanego z wypełnieniem brzucha, które na moment zagłusza wewnętrzny niepokój. Przyjemny smak może z kolei zajmować uwagę i odwracać ją od tego, co czujemy, co należy już do kolejnego typu mechanizmów obronnych.
Kiedy jakaś sytuacja jest na tyle trudna i zagrażająca, że przeciąża nasz układ nerwowy, może wystąpić bardziej skrajne hamowanie odczuwania oparte o mechanizm dysocjacyjny. Możemy wtedy tak mocno odłączać się od poczucia siebie, że nie wiemy w ogóle, co się w nas dzieje. Może to wywoływać poczucie emocjonalnego zobojętnienia, ponieważ odłączając nas od własnych uczuć, odłącza nas również od odbioru emocjonalnego sytuacji, w której jesteśmy. Pozostajemy wtedy obecni ciałem, próbujemy zrozumieć, co się dzieje, ale wrażenie jest takie, jakby nas nie było.
Przy dużym nasileniu mechanizmy dysocjacyjne wywołują wrażenie, jakbyśmy obserwowali swoje życie z zewnątrz, zamiast w nim uczestniczyli lub jakby życie wokół było w jakiś sposób odrealnione. W niektórych przypadkach dysocjacja może prowadzić do utraty wspomnień, powodując trudność w przypominaniu sobie pewnych okresów życia.
Odwracanie uwagi
Zmniejszanie kontaktu z własnymi uczuciami często uzyskuje się również poprzez odwracanie od nich uwagi za pomocą nadmiernego rozmyślania, czy to w formie zamartwiania się czy planowania albo analizowania. Jest to ten rodzaj analizy, która przybiera formę przedwczesnej próby zrozumienia własnej reakcji. Stawiamy wtedy różne hipotezy, zanim damy sobie szansę pełniej poczuć, co się z nami dzieje i zanim pozwolimy, żeby zrozumienie stopniowo się nasunęło. Potocznie mówi się, że jesteśmy wtedy za bardzo „w głowie”. Nadmierna aktywność intelektualna „zajmuje procesor” i odwraca w ten sposób uwagę od odczuwanych emocji.
Inną, bardziej zewnętrzną formą odwracania uwagi jest rzucanie się w wir prostych aktywności. Możemy wtedy kompulsywnie zacząć sprzątać całe mieszkanie, układać dokumenty, robić nerwowe zakupy online w poszukiwaniu „okazji” czy nagle reorganizować przestrzeń wokół siebie. Warto jednak odróżnić to od zdrowego zaangażowania. Nie mówimy tu o relaksujących czynnościach manualnych, które przynoszą spokój. Ta obronna ucieczka w działanie odbywa się w pośpiechu, chaosie i wewnętrznym napięciu. Towarzyszy jej nieświadomy przymus: „muszę coś robić, muszę być zajęty”. Chodzi o to, aby za wszelką cenę zagłuszyć wewnętrzną ciszę, ponieważ to właśnie w momentach bezruchu trudne uczucia najłatwiej dochodzą do głosu.
Współcześnie te ucieczki w nadmierne rozmyślanie lub krzątanie się przy prostych czynnościach bardzo łatwo zastępujemy ucieczką w cyfrowe bodźce. Jednym z najpowszechniejszych sposobów na odwrócenie uwagi od własnego wnętrza stało się bezwiedne scrollowanie telefonu, taśmowe oglądanie seriali (binge-watching) czy znikanie na długie godziny w świecie gier komputerowych. Ekran działa jak bardzo skuteczny wypełniacz uwagi: karmi mózg łatwą dopaminą, dostarczając strumień zmieniających się bodźców i skutecznie zagłusza ciszę, w której mogłyby dojść do głosu trudne emocje.
Nierzadko łączymy ze sobą różne mechanizmy obronne, przykładem tego może być kończenie dnia alkoholem i długim oglądaniem seriali lub scrollowaniem telefonu: alkohol przytępia odczuwanie, a ekran zajmuje uwagę i odciąga ją od tego, co dzieje się wewnątrz. Działają wtedy równolegle hamowanie odczuwania i odwracanie uwagi. Oczywiście nie każda taka sytuacja ma charakter obronny – istotne jest, czy zachowanie to staje się nawykowym sposobem unikania kontaktu z własnym stanem i zastępuje umiejętność regulowania własnego samopoczucia. Rozwijam ten temat w artykule Ciche uzależnienia.
Mechanizmy obronne odwracające uwagę zmniejszają orientację w naszych własnych emocjach, przez co mniej rozumiemy siebie samych. Ograniczają nam też możliwość dzielenia się emocjami z innymi, zabierając przyjemność z wymiany emocjonalnej z drugim człowiekiem.
Sprawiają, że zamiast coś poczuć – rozmyślamy i analizujemy, a zamiast wziąć za coś odpowiedzialność – obwiniamy innych (np. to nie ja wysyłam niejasne sygnały, tylko ty nie starasz się mnie zrozumieć). Zamiast dostrzec jakieś fakty – zaprzeczamy im, zamiast widzieć coś we właściwych proporcjach – wyolbrzymiamy lub uogólniamy to (np. ktoś nie okazuje mi zainteresowania, a więc jestem nieciekawą osobą). Zamiast wyciągnąć wnioski i dążyć do zmiany jakiejś niedobrej dla nas sytuacji – racjonalizujemy, że chyba taki jest już nasz los (np. unikając w ten sposób strachu przed tym, co nowe albo nie zajmując się zaniżoną wiarą we własne możliwości). Takich możliwych zniekształceń jest więcej.
Szybkie odreagowanie
W przypadku nawyku szybkiego odreagowywania, czyli impulsywnego rozładowania niemal znika czas, kiedy moglibyśmy pobyć z jakimś przeżyciem, poznać je w pełni, lepiej zrozumieć i nauczyć się je regulować w zdrowszy sposób niż wyładowywanie się. Ledwie poczujemy napływ jakichś intensywnych emocji, już działamy pod ich wpływem (krzyczymy, uderzamy ręką w meble, rzucamy przedmiotami, wygrażamy komuś przez okno samochodu). W konsekwencji pozostajemy zakładnikiem swojej impulsywności, bez możliwości faktycznego rozwoju.
Mechanizmy obronne, zwłaszcza kiedy są bardziej nasilone, przysparzają dodatkowych problemów ze względu na sam charakter swojego działania. Przypominają lekarstwo, które przynosi chwilową ulgę, ale nie rozwiązuje przyczyny cierpienia i może powodować znaczące skutki uboczne. Jedne obrony robią to w mniejszym stopniu, inne w większym, ale każda z nich w jakimś stopniu wywołuje niekorzystne efekty.
Inaczej mówiąc, obrony psychiczne pozwalają na częściowe hamowanie odczuwania, odwracanie uwagi od tego, co się w nas w danym momencie dzieje czy też na zmianę odbioru sytuacji dziejącej się wokół nas. Przekłamują one obraz rzeczywistości, a to naraża nas na inne problemy. Bo kiedy obraz rzeczywistości jest przekłamany, to chociaż zyskujemy czasową ulgę od bólu, równocześnie w pewnym stopniu tracimy rozeznanie w tym, co dzieje się naprawdę. Jesteśmy więc wprowadzani w błąd przez własne mechanizmy obronne, a to naraża nas na różne niechciane konsekwencje wynikające z działania pod wpływem złej oceny rzeczywistości.
Konsekwencje mechanizmów obronnych i strategia pracy z nimi
Można powiedzieć, że różne dysfunkcyjne wzorce funkcjonowania – czyli takie, które komplikują nam relacje w pracy lub z bliskimi – w znacznej mierze są wynikiem współdziałających i nakładających się na siebie mechanizmów obronnych. Ich rolą jest unikanie kontaktu z bolesnymi uczuciami. Dzieje się to niestety kosztem naszego faktycznego poczucia bezpieczeństwa, które czerpać możemy tylko z realnej orientacji w tym, co się wokół dzieje. Pogarsza się nam wtedy również kontakt zarówno z rzeczywistością wewnętrzną, czyli własną autentycznością, jak i zewnętrzną, czyli możliwość doświadczania bliskości i więzi z ludźmi.
Najtrudniejsze w skutkach są prawdopodobnie te mechanizmy obronne, które pozbawiają nas poczucia odpowiedzialności za własne zachowanie i własne życie, a także te, które mocno zniekształcają obraz rzeczywistości, czyli utrudniają rozumienie tego, co się wokół nas dzieje. Należą do nich między innymi:
- rozszczepienie, czyli widzenie czarno-białe lub zero-jedynkowe – sprawia ono, że ktoś jest naszym zdaniem albo wyłącznie okropny, albo tylko wspaniały, a jakaś idea – bezdennie głupia albo jedynie słuszna;
- projekcja, czyli przekonanie, że to ktoś inny wykazuje reakcje lub cechy, których wolelibyśmy nie widzieć w sobie (na przykład przekonanie że to inni są kłótliwi, przy jednoczesnym niedostrzeganiu własnej konfliktowości – to klasyczne widzenie drzazgi w oku drugiego, zamiast belki we własnym);
- mocne zaprzeczenie, które głęboko wprowadza nas w błąd i utwierdza w przekonaniu, że nie dzieje się to, co się dzieje (w stylu: „na pewno spłacę kolejny kredyt, najważniejsze, że będą dodatkowe pieniądze, o raty nie trzeba się teraz martwić”);
- różne formy dysocjacji, które odłączają nas od poczucia siebie i realności („zanurzam się w świat gier i problemy znikają”).
Istnieją też różne inne mechanizmy obronne – niektóre mogą sprawiać wrażenie dosyć błahych, na pozór niewinnych, ale również mogą przysparzać sporych problemów. Szczególnie, kiedy nie jesteśmy ich świadomi i przez to nie możemy kierować swoim zachowaniem. Przykładem może być nawykowa wielomówność, kiedy czujemy tak nieodpartą potrzebę, żeby wypełnić rozmowę treścią wypowiadanych myśli, że gubimy w tym zdolność słuchania drugiej osoby oraz odczuwania własnych emocji w trakcie tej rozmowy.
Przykład: naturalna ekspresja czy mechanizm obronny?
Mechanizmy obronne stosowane przez lata z czasem stają się naszą „drugą naturą” i trudno nam jest rozróżnić nawykowy sposób funkcjonowania od własnej autentyczności. To prowadzi do pomieszania dotyczącego własnych zachowań, które można ująć w pytaniu: czy to jest u mnie naturalne czy wyuczone?
Przedstawię fragment rozmowy, która dobrze ilustruje ten dylemat. Pochodzi on z korespondencji tekstowej z osobą, z którą poruszamy tematy rozwojowe i wzajemnie się inspirujemy. Przytaczam go za jej zgodą, bez żadnych danych osobistych.
Pytanie:
„Zaczęłam się zastanawiać nad pewnymi sprawami. Nad tym na przykład, czy moja ekspresja jest naturalna, czy też wyuczona. Problem w tym, że nawet jeśli jest wyuczona, to innej siebie nie znam. To musiało stać się bardzo wcześnie.
Mówiąc o tym, że chcę ją trochę hamować, mam na myśli to, że chwilami przeszkadza mi być blisko z ludźmi. Moja gadatliwość, żywiołowość niektórych drażni. Myślę, że może być czasem drażniącą, nadmiarowa. Narcystyczna? W tym sensie uczę się ja teraz świadomie powstrzymywać chwilami, żeby móc usłyszeć i zobaczyć innych.
Czy jest ona wyuczona? Może tak. Myślę, że miało to swoją funkcję w dzieciństwie. Bardzo chciałam być widziana i słyszana. Problem w tym, że nie pamiętam siebie innej i być może ta maska po prostu w pewnym sensie przyrosła mi do twarzy. A może po prostu taka właśnie jestem? Jak to rozpoznać?”
Odpowiedź:
„Dla mnie to nie jest kwestia rozstrzygania „czy” (autentyczna czy wyuczona). A raczej na ile „i” – jedno i drugie w pewnych proporcjach równocześnie. Ktoś, kto nie ma naturalnej tendencji do ekspresyjności oraz łatwości mówienia, nie stanie się taki tylko pod wpływem okoliczności życia. Natomiast cecha, do której mamy naturalną tendencję bezwiednie posłuży nam też jako mechanizm obronny. Po prostu, w momentach trudnych, do łagodzenia czegoś bolesnego relacyjnie, umysł skorzysta z tych zasobów, które mamy.
[…] ten sam sposób zachowania w pewnych momentach może być naturalną ekspresją siebie, a w innych pełnić dodatkowo funkcję obronną. Można to uchwycić tylko przez uważną obserwację. Jeśli gadatliwość zmniejsza Ci kontakt z drugą osobą i z Tobą samą (bo stajesz się nieuważna też na siebie) to właśnie jest sygnał, że wtedy jest obronna. Chroni Cię na przykład, żeby nie poczuć bólu bycia niewidzianą.
Rzecz w tym, żeby przyjąć, oswoić, uspokoić to odczucie, przed którym uciekasz. Wtedy ta obronna gadatliwość też ustąpi, a przynajmniej łatwiej będzie z niej rezygnować. Jednak, żeby skontaktować się z tym, przed czym uciekasz, rzeczywiście może być potrzebne intencjonalne przyhamowanie gadatliwości, bo ona odwraca uwagę od wyczucia w sobie tej bolesnej flashback’owej reakcji, która jest pierwotnym problemem i z którą potrzebujesz mieć kontakt, żeby móc ją zmieniać.”
Logika mechanizmów obronnych
Ważne jest, aby rozumieć, że – pomimo kosztów jakie powoduje – każdy mechanizm obronny ma logikę niesienia ulgi w cierpieniu, choćby nie wiem jak ułomną i jak krótkowzroczną. Jest zawsze sposobem na doraźne złagodzenie bólu psychicznego, którego nauczyliśmy się jako dzieci. Jest tak bez względu na to, jak bardzo potem utrudnia nam dorosłe funkcjonowanie. Bez tego zrozumienia trudno o życzliwość dla samego siebie i okazywanie sobie wsparcia.
Mechanizm obronny jest więc najlepszym sposobem, jaki nasz dziecięcy mózg (na miarę swoich ówczesnych możliwości dziecka) znalazł intuicyjnie, aby chociaż chwilowo łagodzić lub unikać emocji w momentach, w których były zbyt ciężkie do zniesienia, a nikt dający bezpieczeństwo i wsparcie nam nie towarzyszył. Dzieci bowiem potrzebują w takich trudnych momentach układu nerwowego drugiej osoby, żeby się z jego pomocą wyregulować.
Właściwe podejście do zmiany
Mimo tego, że faktyczna cena za korzystanie z mechanizmów obronnych zwykle jest duża, nie zawsze uzmysławiamy sobie ten koszt. Przyzwyczajamy się do nich i stają się naszą „drugą naturą”. Nie zawsze też zdajemy sobie sprawę przed czym mechanizm obronny w danym momencie nas chroni. Może włączać się szybciej zanim uczucie, przed którym nas chroni, zdąży narosnąć do odczuwalnego poziomu. Dopóki nie zdamy sobie z obu tych kwestii sprawy – tj. przed czym obrona nas chroni i jaka jest tego cena – dopóty zabraknie nam silnej motywacji, żeby starać się z niego zrezygnować.
Wyraźna motywacja jest zaś bardzo potrzebna, ponieważ wyuczone mechanizmy obronne stanowią silny nawyk, niełatwy do zmiany. Żeby znaleźć wystarczającą motywację potrzebną do rezygnacji z tego nawyku i utrzymania chęci pracy w kierunku porzucenia go, przede wszystkim, w pierwszym kroku potrzebujemy zacząć zauważać te mechanizmy. Nie możemy bowiem zechcieć zrezygnować z czegoś, czego nie dostrzegamy ani potem w tym kierunku dążyć.
Motywacja rośnie, gdy dostrzegamy, że koszty używania mechanizmów obronnych stają się widoczne i nieopłacalne. „OK, wiem, że kiedyś ten mechanizm obronny łagodził moje cierpienie. Jako dziecko nie miałem innych sposobów na niesienie sobie ulgi, ale dziś widzę, że więcej na tym tracę, niż zyskuję. Mam mniej bliskiego kontaktu z ludźmi niż potrzebuję, żeby czuć radość. Chcę nauczyć się radzić sobie w inny sposób, bez tego wyuczonego mechanizmu”.
Inną ważną kwestią, dotyczącą pracy z mechanizmami obronnymi, jest zadbanie o to, abyśmy nie utożsamiali się z mechanizmem obronnym. Inaczej mówiąc, żebyśmy mogli rozpoznawać go, jako coś, co dzieje się w naszej psychice, we własnej przestrzeni świadomości, ale nie myśleli, że jesteśmy tym mechanizmem. Żebyśmy traktowali go, jako coś wyuczonego, jako uwarunkowanie, które wpływa na nasze autentyczne, zdrowe „ja” (tj. wewnętrznego opiekuna), które chce żyć lepiej, a jest tym mechanizmem ograniczone(autentyczne „ja” to taka część umysłu, z którą dużo bezpieczniej jest rozwijać identyfikację, bo szuka ona prawdy i prowadzi nas do pełniejszego życia).
Używam tu zamiennie kilku określeń – autentyczne „ja”, zdrowe „ja”, świadome „ja” – odnosząc się do tej części psychiki, która może obserwować siebie, szukać prawdy, uczyć się z doświadczenia i wybierać bardziej wspierający sposób działania.
W przeciwnym razie osoba, która dostrzega już działanie mechanizmu obronnego i idące za tym niedobre dla siebie konsekwencje (dajmy na to: pasywność i umniejszanie swoich potrzeb), a nie potrafi jeszcze z tego schematu zrezygnować, może złościć się na siebie („co ze mnie za tuman!”) albo odczuwać rozczarowanie sobą („no tak, znowu to samo, czego się można było spodziewać…”), zamiast odczuwać w takim momencie złość na sam tylko mechanizm obronny, z którego zdrowe „ja” chce już zrezygnować. Chce, ale jeszcze nie potrafi, co jest sytuacją trudną samą w sobie i adekwatne jest tu raczej współczucie dla siebie oraz okazywanie samemu sobie wsparcia, niż jakiekolwiek sztorcowanie.
Jest to kluczowe, bo dzięki temu, zwracając się przeciwko mechanizmowi obronnemu, człowiek nie będzie zwracał się przeciwko sobie samemu. Szczególnego znaczenia nabiera to u osób z wrogim superego, a więc inaczej mówiąc mocno rozwiniętym wewnętrznym krytykiem.
Wewnętrzny krytyk
Praca nad wygaszaniem wewnętrznego krytyka to duży i rozległy temat. Ma on absolutnie kluczowe znaczenie dla budowania autonomii, autentyczności i otwierania możliwości rozwoju. Jeśli operuje w naszym umyśle wewnętrzny wróg, rodzaj nieprzyjaznego nadzorcy, który występuje pod przebraniem wewnętrznego przewodnika po życiu i któremu boimy się sprzeciwiać, to nasze szanse na szczęśliwe życie i na rozwój będą bardzo ograniczone.
Z czym mamy do czynienia
Rozpracowanie wewnętrznego krytyka i pozbawienie go pozycji i mocy, jaką dotąd posiadał w naszym umyśle, jest dużym przedsięwzięciem. Często wymaga wsparcia drugiej osoby w ramach psychoterapii. Zresztą podobnie jak rozpracowywanie mechanizmów obronnych, zwłaszcza na początkowym etapie. Osobom chcącym zacząć stawiać samodzielne kroki w tym przedsięwzięciu polecam zapoznanie się z książką Peta Walkera „Złożone PTSD: Od przetrwania do pełni życia.” (jej polskie wydanie ukazało się latem 2024).
Do tego tematu odnoszę się też w swojej książce. Posłużę się jej fragmentami: „Wewnętrzny krytyk to inaczej nieprawidłowo ukształtowane i zbyt władcze superego. W języku psychodynamicznym nazywamy w ten sposób pewien aspekt funkcjonowania ludzkiej psychiki, istniejący obok id i ego. Superego przejawia się w myślach, które w zdecydowany i autorytarny sposób mówią nam, jak jest, chociaż nie musi to być prawdą. Myśli te mogą mieć mocną, czasem dominującą pozycję w naszym umyśle, choć wcale nie są rozsądne (choć w swoim podporządkowaniu im możemy tego nie dostrzegać).
Co więcej, części psychiki nazywanej superego tak naprawdę w ogóle nie można przypisać zdolności refleksji ani twórczego myślenia. Powiela ona tylko mechanicznie to, czego nauczyliśmy się w trakcie początkowego okresu życia od ważnych dla nas osób, które wielokrotnie dawały nam coś do zrozumienia. Być może ktoś podśmiewał się z nas w pewnych sytuacjach albo krytycznie i z dużym przekonaniem komentował coś, mimo że wcale nie musiał mieć racji – na przykład mówiąc z niechęcią „robisz z siebie głupka”, kiedy byliśmy w figlarnym nastroju, albo stwierdzając „skończysz pod mostem”, kiedy nie mieliśmy akurat ochoty uczyć się.
Dlatego na komentarze superego, które pojawiają się we własnych myślach, często reagujemy podobnie – jakby towarzyszyła nam osoba, z której zdaniem się liczymy i której uwag nie udaje nam się ignorować. A tak się niefortunnie składa, że w tym wypadku „osoba ta” z założenia ma skłonność do reagowania niechęcią, dezaprobatą lub powątpiewaniem w nasze możliwości i zachowania.”
Dwa oblicza wewnętrznego krytyka
Wewnętrzny krytyk może przybierać dwa główne oblicza. Pierwsze jest łatwiejsze do rozpoznania – to krytyk atakujący, zawstydzający, poniżający albo wprost odbierający nadzieję: „jesteś beznadziejny”, „znowu wszystko zepsujesz”, „inni są lepsi od ciebie”. Taki głos dość wyraźnie odsłania swoją wrogość.
Drugie jego oblicze bywa bardziej podstępne, ponieważ krytyk występuje wtedy pod pozorem porady, ostrożności albo troski. Mówi na przykład: „lepiej się nie wychylaj”, „nie ryzykuj”, „daj sobie spokój”, „to nie dla ciebie”, „po co masz się narażać”. Na pierwszy rzut oka może brzmieć jak głos rozsądku, ale w rzeczywistości często podcina skrzydła, wzmacnia lęk i niepewność oraz utrwala dawny schemat funkcjonowania.
W obu przypadkach problem polega na tym, że krytyk nie prowadzi nas ku pełniejszemu życiu, tylko pilnuje starych ograniczeń. Czasem robi to brutalnie, a czasem pod pozorem ochrony. Dlatego tak ważne jest, żeby rozpoznawać nie tylko jego jawnie atakującą postać, ale również tę bardziej ukrytą, pozornie rozsądną.
Skąd pochodzi wewnętrzny krytyk?
Wewnętrzny krytyk, a więc nieprawidłowo ukształtowane superego (nadmiernie krytyczne i autorytarne) nie powstało przeciwko nam. Podobnie jak mechanizmy obronne było próbą zaadaptowania się do okoliczności, w których przyszło nam żyć. Dla przykładu, jeśli rodzic regularnie na nas krzyczy, a nas to wystrasza i nie mamy nikogo, kto stanąłby w naszej obronie, to łatwiej pomyśleć, że „zasługuję na to”.
Po pierwsze, małe dziecko nie ma innego punktu odniesienia niż krąg jego najbliższych osób. Po drugie sprzeciw wobec rodzica jest ryzykowny, bo oznaczałby podważanie jego kompetencji i zaufania do jego mocy. A na to dziecko nie może sobie pozwolić przez początkowe lata życia. Jego przetrwanie zależy od dorosłego opiekuna.
Superego jest to taka część umysłu, która przyjmuje „prawdy o życiu” na podstawie wczesnych doświadczeń z naszymi opiekunami, co ma służyć naszemu przetrwaniu. Jednak nie weryfikuje tych prawd, tworzy tylko ich zapis. Część umysłu, która mogłaby je weryfikować, nazywana świadomym „ja”, jest jeszcze za młoda i nie ma wystarczającego rozeznania.
Poza tym, dla dziecka zbyt trudne emocjonalnie byłoby stawanie w opozycji do rodzica. Dziecko nie jest w stanie pomyśleć: „mój tata ma swoje ograniczenie i przez to nie umie dostrzec mojego uroku oraz przeżywać ze mną różnych wspólnych chwil”. Pomyśli raczej coś w rodzaju: „jestem niewystarczające / czegoś mi brakuje, żeby tata się mną interesował”. To nie będzie nawet wyraźnie sformułowana myśl, ale rodzaj wrażenia czy podprogowo zapisanego przeświadczenia, które będzie nadszarpywało nasze poczucie wartości w późniejszych latach i wywoływało niepewność w kontaktach z innymi ludźmi.
Wyobraźmy sobie dziecko, które przynosi do domu rysunek, nad którym długo pracowało. Zamiast pochwały, rodzic rzuca obojętne spojrzenie i mówi: „Twój brat w tym wieku rysował o wiele ładniej” albo „To tylko rysunek, zajmij się czymś ważnym”. Taka reakcja, szczególnie jeśli powtarza się regularnie, sprawia, że dziecko zaczyna uwewnętrzniać (zapamiętywać jako własny pogląd) przekonanie, że „nigdy nie robię nic wystarczająco dobrze” lub „nie jestem wystarczająco dobry, żeby zasłużyć na uwagę”.
W efekcie, w dorosłym życiu, wewnętrzny krytyk może przypominać takie komentarze w kluczowych momentach, na przykład w pracy czy w relacjach, szepcząc: „Po co w ogóle próbujesz? I tak nic z tego nie wyjdzie” albo „Inni są lepsi od ciebie, więc lepiej się nie wychylaj”. Takie myśli potrafią skutecznie podcinać skrzydła i uniemożliwiać realizowanie swoich potencjałów.
Pomimo tego, że nieprawidłowo ukształtowane superego (wewnętrzny krytyk) jest konsekwencją działania mechanizmów adaptacyjnych, skutki jego działania stają się bardzo szkodliwe. Wewnętrzny krytyk wyrósł na gruncie niekorzystnych okoliczności i według takiej wypaczonej mapy prowadzi nas dalej przez życie.
Uzurpacja wewnętrznego nadzorcy i jej demaskacja
Wewnętrznego krytyka można nazwać „wewnętrznym nadzorcą” – nie potrafi on myśleć, a jedynie pilnuje nas wyrzucając „zapisane komentarze”, które dopasowuje w prosty sposób do schematu zastanej sytuacji. Odbywa się to na zasadzie: zachowałeś się spontanicznie – to robisz z siebie głupka (bez żadnej autentycznej refleksji wokół tego). Pomimo zupełnego braku rozsądku, superego zawsze twierdzi, że ma rację. A często także nas straszy, zawstydza i wzbudza zwątpienie, podważając zaufanie do siebie samych (na zasadzie: „znowu widać, jaki jesteś dziwny”, „przestań tak głupio się patrzeć”, „proszę, spróbuj mnie nie słuchać i zrobić po swojemu, zobaczymy jak na tym wyjdziesz”, itp., itd.).
To wyraźnie ogranicza możliwość rozwoju. I będzie tak dopóki wewnętrzny krytyk pozostaje na tyle silny, że ma przewagę nad naszym własnym niezależnym i twórczym myśleniem (czyli nad autentycznym „ja”). Na pewnym, początkowym etapie możemy nawet nie odróżniać autentycznego „ja” od komentarzy autorstwa wewnętrznego krytyka, co dodatkowo utrudnia sytuację. Roboczo możemy przyjąć, że jeśli jakaś myśl zawiera w sobie uogólnienie i wzbudza w nas lęk albo zwątpienie w siebie – jest to robota wewnętrznego krytyka.
Własne myślenie polega bowiem na wyciąganiu samodzielnych wniosków na podstawie dokonywanych obserwacji oraz posiadanych doświadczeń. Wniosków, które mają pewną elastyczność, tzn. mogą podlegać dalszym modyfikacjom, w miarę jak zdobywamy kolejne doświadczenia życiowe.
Co ważne, własne myślenie jest komentarzem do danej sytuacji, bez mechanicznego popadania w uogólnienia typu „zawsze”, „nigdy”, „wszystko”, „nic”. Krytyczne uogólnienia są specjalnością patologicznego superego (tj. wewnętrznego krytyka). Gdy w tych automatycznych komentarzach zawarta jest wrogość do siebie – nieprzejednana i o dużym nasileniu – mówimy o sadystycznym superego. Jest to najbardziej wyniszczająca postać nieprawidłowego superego, kiedy „wewnętrzny nadzorca” jest w istocie katem, dzień po dniu niszczącym psychikę człowieka.
Prawidłowo ukształtowane superego (bo coś takiego również istnieje) nie zawiera wrogich nam przekonań ani nie ma dominującej pozycji wobec własnego niezależnego myślenia, czyli wobec ego (tj. autentycznego „ja”). Jest głównie organem doradczym i wspierającym, a nie władczym i represyjnym. Może wysyłać przyjazne sygnały, takie jak „bądź swoim przyjacielem” czy „zasługujesz na radość i wypoczynek”. Może zawierać też podstawowe reguły życia społecznego (jak „nie należy kraść”), ale pozwala na odstępstwa od nich (np. kiedy autentyczne „ja” stwierdzi, że „trzeba zrozumieć, jeśli ktoś kradnie z głodu”).
Oczywiście życzliwe nastawienie do samego siebie może pochodzić nie tylko z przyjaznego superego, ale także z własnej, autonomicznej części umysłu zwanej ego (autentycznym „ja”). I najlepiej, kiedy tak jest. Przy prawidłowo ukształtowanym superego nic nie hamuje zdolności niezależnego myślenia – nasz umysł nie jest stłamszony i ego rozwija się swobodnie. Przy takiej korzystnej konfiguracji wewnątrz umysłu nasze ego, z biegiem czasu i w naturalny sposób, staje się silniejsze od superego, co przekłada się na większą życiową autonomię danej osoby.
Chcę tu od razu zaznaczyć, że kiedy używam terminu „ego”, oznacza on coś zupełnie innego niż potoczne pejoratywne określenie, kiedy mówimy o kimś, że „ma rozbuchane ego”, co oznacza, iż jest zadufany w sobie i bezkrytyczny. Do tego, jakie znaczenie ma życzliwe nastawienie do siebie, wrócę w dalszej części tekstu.
Patologiczne superego może być czasem dodatkowo wzmocnione (czy „uzupełnione”) przez nasze własne wnioski z okresu, kiedy byliśmy dziećmi. Nie tworzy go więc wyłącznie zapisane w pamięci nastawienie naszych opiekunów. Zdarza się, że niektóre własne przemyślenia z dzieciństwa utrzymują się w pamięci w niezmienionej postaci, jakby były zapisane „na sztywno” – pozostają nietknięte, jak gdyby nigdy nie zostały zweryfikowane przez własny, dorosły już umysł.
Ma to znaczenie o tyle, że będąc dziećmi, rozumowaliśmy w sposób naturalny dla tego wieku i przynależnych mu możliwości refleksji. Dzieci zaś łatwo odnoszą różne rzeczy do siebie i dokonują pewnych uproszczeń rzeczywistości. Na przykład, jeśli rodzic zwykle nie znajduje czasu dla dziecka, może ono pomyśleć, że jest nudne albo mało ważne, a nigdy nie przyjdzie mu do głowy, że ten rodzic może mieć problemy w nawiązywaniu bliskich relacji emocjonalnych i że to po jego stronie leży przyczyna problemu.”
Mądra rebelia
„Postępujesz źle, jeśli dbasz o swoją wygodę”, „to, co umiesz, to nic szczególnego”, „jeśli zabierzesz głos, ośmieszysz się”, „inni wiedzą, co mówić, a ty nie”, „nie masz co się starać, odstajesz od innych” – to wszystko w naszej głowie może brzmieć jak prawdy niewymagające uzasadnienia, jak wewnętrzny kodeks norm, których nie wolno naruszać. Głos wewnętrznego nadzorcy może sprawiać na nas wrażenie przewodnika po życiu, któremu boimy się sprzeciwić. Niestety taki przewodnik będzie odbierał nam szansę na szczęśliwe życie i na rozwój.
Fundamentalisty nie można przekonać, żeby zmienił zdanie. Gdyby to się udało, przestałby nim być. Ta wewnętrzna sztywna struktura umysłu nie podlega zmianom, bo w ogóle nie zachodzi w niej proces zastanawiania się, i jedyne, co można zrobić, to zbudować przeciwwagę dla niej, tj. wzmocnić poczucie naszego autentycznego, autonomicznego „ja” oraz rozwinąć do niego zaufanie w takim stopniu, że głos wewnętrznego nadzorcy będzie coraz bardziej tracił na znaczeniu.
Dlatego aktywna polemika z tym, co w nas uwarunkowane, jest do pewnego momentu potrzebna. Polega ona na formułowaniu własnych argumentów, które dla nas samych będą brzmiały przekonująco, oraz budowaniu na ich podstawie niezależnych poglądów, które stopniowo stworzą przeciwwagę dla zapisanych w pamięci programów automatycznych. Uczenie się formułowania autonomicznych poglądów pozwala wzmacniać swoje świadome i autentyczne ja. Jego siła jest potrzebna, żebyśmy byli w stanie zaznaczać odrębne zdanie wobec komentarzy wewnętrznego fundamentalisty.
Wzmocnione, autentyczne „ja” potrafi formułować opinie na różne tematy (także na własny), poddawać je weryfikacji oraz zmieniać, kiedy jest to potrzebne. Autentyczne „ja” potrafi też cały czas uczyć się z kolejnych doświadczeń życiowych, podczas gdy wewnętrzny fundamentalista zakończył swoją naukę dawno temu i ciągle powtarza to samo. Sprzeciw wobec głoszonych przez niego prawd wymaga odwagi i wysiłku, a także przygotowań, zanim nasze autonomiczne ja będzie wystarczająco wzmocnione, żeby stawiać mu czoła.
Wyciszanie wewnętrznego krytyka
Zasadniczy kierunek pracy nad wyciszaniem wewnętrznego krytyka można przedstawić w trzech krokach.
Pierwszy krok – to oddzielanie się od wewnętrznego krytyka, czyli patologicznie ukształtowanego superego. Polega na stopniowym dostrzeganiu, że we własnym umyśle powstaje taka część myśli, które stale sączą nam podobną i nieprzychylną, ale też błędną informację. Nie jest ona prawdą, choć ją udaje.
Jest to praca w kierunku budowania ego-dystoniczności, a więc odrębności wobec wewnętrznego krytyka. Chodzi o stopniowe dostrzeganie, że te krytyczne, zawierające uogólnienia myśli nie są mądre, nie wspierają rozwoju i nie przekazują wiarygodnych informacji. Są raczej sztywno zapętlonym schematem powtarzających się wariantów krytyki, wstydu i wątpienia w siebie.
Drugi krok – polega na dążeniu do obudzenia w sobie współczucia wobec tej części nas, która jest przez krytyka atakowana. Pomocna bywa tu analogia do sytuacji zewnętrznej. Możemy wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś napastliwie krytykuje dziecko takimi słowami, jakimi zwraca się do nas wewnętrzny krytyk. Na początek szukamy choćby reakcji na poziomie poznawczym: „w trudnej sytuacji jest ten mały człowiek”, „ktoś traktuje je niesprawiedliwie”, „ono potrzebuje ochrony, a nie dalszego zawstydzania”.
Trzeci krok – to oburzenie na krytyka i obrona przed nim. W pewnym momencie może pojawić się w nas zdolność do wewnętrznej reakcji: „Co robisz?! Odczep się od niego, zostaw go! Nie pozwolę!”. Wtedy zaczynamy występować w obronie naszego wewnętrznego, zastraszanego „ja” – podobnie jak bronilibyśmy krzywdzonego dziecka albo bliskiej osoby, której dobro jest dla nas ważne.
Takie prawidłowe reakcje obronne początkowo łatwiej jest obudzić właśnie przez analogię. Możemy zapytać siebie, jak zareagowalibyśmy, gdyby podobnie krytykowane było dziecko, przyjaciel albo ktoś, kogo szanujemy i komu dobrze życzymy. W przypadku patologicznie ukształtowanego superego często łatwiej jest stanąć w obronie drugiej osoby niż samego siebie. Opuszczanie siebie w momencie złego traktowania odzwierciedla wtedy sposób, w jaki byliśmy traktowani w dzieciństwie.
Następnie tę samą postawę obronną trzeba stopniowo kierować wobec wewnętrznego krytyka i coraz częściej stawać w obronie własnego „ja”. Jest to długi proces, wymagający wielu powtórzeń, ale jego celem jest wyodrębnienie i wzmocnienie świadomego „ja” dzięki energii sprzeciwu zasilanego zdrową, obronną złością.
Aby świadome „ja” mogło dalej się wzmacniać, musi zyskać początki autorytetu. Oznacza to moment, kiedy jego zdanie zaczyna znaczyć więcej niż automatyczne komentarze wewnętrznego krytyka. W tym celu potrzebujemy tworzyć argumenty oparte na faktach i przeciwstawiać je komentarzom krytyka. Możemy na przykład zwracać się do siebie: „To jest automatyczny komentarz nadzorcy. A jak jest naprawdę?”. Odpowiedzi na to pytanie nie może udzielić krytyk. Prawdy może szukać tylko świadome „ja”.
Nie będzie to prawda absolutna, ale stopniowe przybliżanie się do prawdy – jednak to i tak jest znacznie więcej, niż może zaoferować wewnętrzny krytyk.
Nie staramy się jednak krytyka przekonać, ponieważ on nie potrafi naprawdę myśleć ani rozumieć – przechowuje tylko sztywny zapis. Chodzi raczej o wzmocnienie pozycji naszego wewnętrznego obserwatora i świadomego „ja”. Kiedy ta część stanie się silniejsza, nie będzie już musiała czerpać energii wyłącznie ze sprzeciwu. Z czasem możliwe stanie się przyjęcie spokojniejszej postawy wobec krytyka: coraz bardziej konsekwentne rozpoznawanie jego komentarzy jako niewiarygodnych i przez to pozbawianie ich znaczenia.
To właśnie prowadzi do jego wyciszenia. Zgodnie z zasadą działania mózgu to, co jest traktowane jako pozbawione znaczenia, stopniowo traci swoją siłę i dostaje coraz mniej uwagi, aż zanika.
Warto pamiętać – o czym pisałem wcześniej – że wewnętrzny krytyk, czyli nadmiernie krytyczne i autorytarne superego, powstaje jako reakcja na trudne doświadczenia z dzieciństwa. Dziecko, nie mając możliwości podważenia autorytetu rodzica, uwewnętrznia (tj. zapamiętuje jako własny pogląd) jego krytyczne postawy i komentarze, przyjmując je jako prawdy o sobie. Czasem dodaje do tego własne dziecięce wnioski na temat trudnych sytuacji, formułowane przez niedojrzały umysł. Powstaje z tego swoisty „zlepek prawd” o sobie i o życiu. Takie przekonania, na przykład „nie jestem wystarczający”, będą w dorosłym życiu nadszarpywać poczucie własnej wartości i utrudniać rozwój.
Co mnie czeka „bez bata nad głową”?
Wiele osób obawia się, że jeśli wewnętrzny krytyk zostanie osłabiony, staną się zbyt pobłażliwe wobec siebie – zabraknie im wewnętrznej dyscypliny, odpowiedzialności, co sprowadzi je na manowce i zahamuje rozwój. Pojawia się lęk: „co mnie czeka bez bata nad głową?”. To bardzo zrozumiała obawa, zwłaszcza jeśli przez lata jedyną znaną formą mobilizacji było zawstydzanie, straszenie siebie albo wewnętrzny przymus.
W rzeczywistości jest jednak często dokładnie na odwrót. To dopiero wtedy, gdy zaczyna rozwijać się mądrzejsza i bardziej życzliwa relacja ze sobą, rozwój może nabrać wiatru w żagle. Dopiero kiedy samozwańczy wewnętrzny krytyk abdykuje, na tronie w naszym umyśle może zasiąść wygnany wcześniej prawowity i mądry władca – wewnętrzny opiekun, o którym piszę w oddzielnym artykule. Nie jest on ślepo pobłażliwy, nie bagatelizuje realnych problemów i nie zaprzecza faktom. Potrafi dostrzegać błędy, ograniczenia i realne konsekwencje naszych działań, ale odnosi się do nich inaczej niż krytyk: nie przez wstyd, groźbę i odrzucenie, lecz przez zrozumienie, odpowiedzialność i wsparcie w zmianie.
W tym sensie osłabianie wewnętrznego krytyka nie oznacza stagnacji – przynosi nowy etap rozwoju. Oznacza stopniowe przechodzenie od przymusu do wewnętrznych wyborów, zasilanych przez autentyczne potrzeby i zainteresowania, od motywowania się strachem do odpowiedzialności i od zawstydzania do bardziej swobodnego kontaktu z rzeczywistością.
W przeciwieństwie do pozostawania we władzy wewnętrznego krytyka, moment, w którym zaczynamy bardziej utożsamiać się ze świadomym, życzliwym i obserwującym „ja”, jest znakiem, że w naszym umyśle wyodrębnia się zdrowsze poczucie siebie. Opiera się ono na rozumieniu, akceptacji i zgodzie na własne emocje, a nie na ich zawstydzaniu, zwalczaniu czy wypieraniu.
Im mocniejsza staje się ta część nas, tym bardziej jesteśmy w stanie przyjąć i poczuć to, co się w nas dzieje, bez wyrzekania się własnego doświadczenia. Wtedy możemy lepiej rozumieć i regulować nasze życie wewnętrzne, a wewnętrzny krytyk stopniowo, ale nieodwracalnie traci pozycję jedynego komentatora naszego życia.
Dodatkowe materiały nt. osłabiania wewnętrznego krytyka
Na koniec zamieszczam linki do materiałów, w których omawiane są wybrane aspekty pracy nad osłabieniem wewnętrznego krytyka. Jest to przygotowane w oparciu o wspomnianą książkę Peta Walkera. Materiał jest po angielsku, można opcjonalnie włączyć automatycznie generowane angielskie napisy.
Prezentację prowadzi Richard Grannon (*), coach, który specjalizuje się m.in. w tematyce c-PTSD oraz dynamiki narcystycznej w relacjach. Pamiętam, że kilka jego wypowiedzi dotyczących tej tematyki zaciekawiło mnie – były wnikliwe i jasno przedstawione. Może jakieś elementy tego materiału okażą się inspirujące również dla innych.
Jeśli jednak coś nie będzie rezonowało z czytelnikiem, nie ma potrzeby się do tego zmuszać – jest to wyłącznie propozycja do sprawdzenia. Materiał jest podzielony na dwie części:
→ How to Shrink Inner Critic – Advice From Pete Walker, part 1/2 (by Richard Grannon)
https://youtu.be/9EXEwAK1HnU
→ How to Shrink Inner Critic – Advice From Pete Walker, part 2/2
https://youtu.be/DkZqUYDcNXg
(*) tu chciałbym zrobić zastrzeżenie, że nie znam wszystkich materiałów tego coacha i nie mogę się w ich kontekście wypowiadać; spośród kilku, które oglądałem, niektóre były dla mnie inspirujące i ciekawe; były jednak też takie, w których przedstawiane poglądy wydawały mi się nazbyt spolaryzowane lub uproszczone; jednak te dwa konkretne materiały, do których podałem linki, uważam za dobrze przygotowane.
Perspektywa emancypacji autentycznego „ja”
Na koniec chcę zapewnić, że nawet największego wewnętrznego krytyka można zdetronizować z pozycji władzy i stopniowo wygasić. Nie mówię, że będzie to łatwe, ale jest to możliwe i z pewnością jest warte zachodu. Nawet jakby miało zająć 2 czy 3 lata, to warto. W końcu chodzi o resztę naszego życia. A często uda się znacznie szybciej.
Różne strategie wyzwalania autentycznego „ja” spod hegemonii i ucisku wewnętrznego krytyka mogą bardziej lub mniej sprawdzać się dla danej osoby. Warto je wypróbowywać i wybierać sobie taką, która na danym etapie jest dla nas użyteczna. Pamiętam, jak kiedyś pewien człowiek opowiadał o specyficznej metodzie pracy z wewnętrznym krytykiem, której go nauczono, kiedy już zwątpił, że kiedykolwiek będzie w stanie się z nim rozprawić.
Polegało to na tym, że kiedy tylko reagował nieprzyjaźnie wobec siebie, miał wyobrazić sobie, że to samo, co jest powodem reakcji, zrobił nie on, lecz jego najlepszy przyjaciel. Następnie miał w wyobraźni zadzwonić do tego przyjaciela, żeby powiedzieć mu – najlepiej na głos – co o tym myśli: jak do niego w tej sytuacji podchodzi, jak go traktuje i jakim tonem się do niego zwraca.
Stosował tę praktykę bardzo sumiennie i podobno już po czterech miesiącach był zupełnie zaskoczony tym, jak wyraźnie osłabł jego wewnętrzny krytyk. Człowiekiem tym był Peter Attia, znany lekarz pochodzenia kanadyjskiego, specjalizujący się w medycynie funkcjonalnej i nauce o długowieczności. Wszystkim osobom podejmującym taką pracę życzę wytrwałości i coraz większej wolności wewnętrznej.
Podsumowanie
Mechanizmy obronne i wewnętrzny krytyk powstają zwykle jako sposoby przetrwania w trudnych warunkach emocjonalnych. Kiedyś mogły pomagać ograniczać cierpienie, ale z czasem zaczynają zawężać życie, utrudniać relacje i osłabiać kontakt z własnym autentycznym „ja”.
Praca nad nimi nie polega więc na walce z samym sobą, lecz na stopniowym rozpoznawaniu tego, co zostało w nas ukształtowane jako obrona. Dopiero wtedy można zobaczyć, przed czym te mechanizmy nas chronią, jaką cenę za to płacimy i jak uczyć się bardziej świadomego, życzliwego sposobu bycia ze sobą. Szczególnie ważne jest oddzielenie siebie od wewnętrznego krytyka. To, że w naszym umyśle pojawia się krytyczny, zawstydzający albo podważający głos, nie znaczy, że mówi on prawdę o nas. Często jest tylko śladem dawnych doświadczeń, który można stopniowo rozpoznawać, osłabiać i zastępować dojrzalszym, bardziej wspierającym sposobem odnoszenia się do siebie.
O autorze
Paweł Malinowski – psychoterapeuta i lekarz. Od ponad 20 lat łączy podejście psychodynamiczne ze współczesną wiedzą o neurobiologii, regulacji emocji, znaczeniu doświadczeń relacyjnych oraz całościowym podejściu do zdrowia. Autor książki „Umysł, ciało, duchowość”. Więcej o mojej pracy można przeczytać w zakładce O mnie.



