Najkrótsza odpowiedź brzmi: nie. Realnym celem nie jest pozbycie się pragnień. Umysł człowieka znaczną część swojego sposobu działania opiera na zdolności do doświadczania potrzeb, pragnień i wynikających z nich dążeń. Jest to część naszej biologicznej natury i zarazem pewna zdobycz ewolucyjna. Dlatego chęć pozbycia się wszelkich pragnień byłaby próbą zanegowania czegoś fundamentalnego.

Wprowadzenie

Różne koncepcje, które zachęcają do obchodzenia się z umysłem wbrew jego naturze – na przykład do całkowitego wyrzeczenia się pragnień w imię wewnętrznego spokoju – pojawiają się zwykle, gdy nie umiemy jeszcze korzystać z własnego umysłu w sposób, który naprawdę nam służy. Przynoszą kuszącą obietnicę radykalnego rozwiązania, ale w tle niosą także poważny koszt. Kiedy umysł staje się źródłem napięcia, frustracji albo wewnętrznego przymusu, pojawia się chęć, aby pozbyć się tego, co wydaje się nie działać dla naszego dobra. Bardzo łatwo w tym wypadku wylać przysłowiowe dziecko z kąpielą.

W rzeczywistości chodzi o relację do pragnień, a nie o sam fakt ich posiadania. Rozwijając ten temat, odwołam się do fragmentów mojej książki Umysł, ciało, duchowość, a następnie uzupełnię je krótkim komentarzem.

Czy zaletą jest wyzbycie się pragnień, emocji i myśli?

Wbrew częstym uproszczeniom, wyrzekanie się pragnień, emocji czy myślenia – albo trwałe odłączanie się od którejś z tych części doświadczenia – nie było w klasycznej jodze traktowane ani jako dobre, ani jako realistyczne rozwiązanie.

W rozwoju duchowym nie chodziło o utratę zdolności do przeżywania pragnień, emocji i myśli, lecz o uwolnienie się od przymusu, w którym zjawiska te automatycznie przejmują naszą uwagę i zaczynają nami kierować. Wartość miało więc odejście od swego rodzaju kompulsji, w której te zjawiska napierają na nas i wymuszają zaabsorbowanie nimi lub działanie pod ich wpływem.

Przejście w kierunku umiejętności zarządzania własnym umysłem jest tutaj kluczowe. Dopiero taki umysł można nazwać stabilnym – gdy nie zaskakuje nas stanami, nad którymi zupełnie tracimy wpływ.

Aby umysł stał się stabilny, potrzebne jest wypracowanie trzech kluczowych umiejętności:

  • zdolności stabilnej samoobserwacji – rozwinięcia w sobie „świadka”, który widzi wszystko, co dzieje się w przestrzeni umysłu, ale nie daje się temu zalać (tzn. umiejętności uważnej samoobserwacji, która nie znika pod emocjami i nie zatraca się w rozmyślaniach);
  • stabilnej identyfikacji z bazową przestrzenią świadomości, która obejmuje zarówno myśli i emocje, jak i poczucie dobrej cielesnej obecności;
  • zdolności kierowania uwagą – umiejętności świadomego nakierowania jej na dowolny element świadomości, utrzymania tam tak długo, jak chcemy oraz wycofania, gdy zdecydujemy.

Taki umysł może, zgodnie z naszą wolą, przejść z trybu działania do stanu doświadczania obecności. Nie musi być stale zajęty rozmyślaniem o czymś, planowaniem, rozpamiętywaniem czy przeżywaniem czegoś. Choć rozwijanie takiej wolności jest wielkim krokiem w stronę harmonii życia, nie jest jeszcze w duchowości celem ostatecznym. Jest raczej kamieniem milowym, który otwiera drogę do pójścia dalej, ku percepcji świata szerszej niż ta, którą znamy.

Czy posiadanie pragnień stoi w sprzeczności z duchowością?

W myśleniu o duchowości istnieją stereotypy, według których pragnień należy się wyrzekać. Jest to jednak znaczne uproszczenie, które wypacza pierwotny sens tradycyjnych przekazów na ten temat. Zdolność do angażowania się jest w jodze traktowana jako warunek życia i doświadczania jego znaczenia. Jeśli chcemy jeść, to już jest wyraz pragnienia. Jeśli chcemy się rozwijać – również. Nawet pragnienie, by nie mieć więcej pragnień, samo w sobie pozostaje pragnieniem.

Podobny paradoks dotyczy pragnienia przebudzenia, rozumianego w tradycjach duchowych jako odkrycie prawdziwej natury własnego istnienia. Może ono być pożyteczne i skierować nas ku praktyce, ale kiedy zamienia się w niecierpliwe domaganie się, aby określony stan się pojawił, staje się przeszkodą. Możemy tworzyć warunki dla głębszej zmiany świadomości, lecz nie możemy wymusić jej samą chęcią uzyskania rezultatu. Szerzej piszę o tym w artykule Natura medytacji.

Dlatego znaczenie ma nie sam fakt, czy mamy pragnienia, lecz jaka jest nasza relacja z nimi. Liczy się sposób, w jaki podchodzimy do własnych potrzeb – między innymi to, na ile potrafimy odłożyć je na jakiś czas, gdy coś nie idzie po naszej myśli, i wrócić do nich wtedy, gdy warunki są bardziej sprzyjające.

Inaczej mówiąc, na ile możemy być elastyczni wobec własnych pragnień – bez popadania we frustrację, która wprowadzałaby nas w przedłużone rozgoryczenie czy wściekłość. To nie znaczy, że mamy porzucać swoje dążenia przy pierwszej napotkanej trudności, ale też nie znaczy, że mamy przy nich uporczywie trwać, nie mogąc pogodzić się z przeszkodami. Ważne jest, na ile umiemy akceptować zmiany bez utknięcia we frustracji i rozgoryczeniu.

Czasem trzeba zrobić krok do tyłu i odczekać pewien czas, pozwolić, żeby coś w nas dojrzało albo podejść od innej strony.

Droga autentyczności a droga doraźnych pragnień

Ważne jest odróżnienie przymusu realizacji doraźnych pragnień od podążania w stronę tego, co autentyczne i zgodne z nami. Na drodze autentyczności nie wszystko potoczy się po naszej myśli, czyli w takiej kolejności i dokładnie w takim momencie, jak byśmy chcieli. Mogą pojawić się zwroty zdarzeń, których byśmy sami nie wybrali. Nie oznacza to jednak, że nam się nie wiedzie albo że zeszliśmy ze swojej drogi. Czasem po prostu idziemy nią w sposób inny niż sobie wyobrażaliśmy.

Jeśli zbyt kurczowo trzymamy się własnego planu, przyspawani do oczekiwanych rezultatów, pojawia się frustracja i siłowe szarpanie się z życiem. Poświęcamy wtedy możliwość przeżywania życia dla iluzji pełnej kontroli – takiej, która i tak nie leży w zasięgu człowieka.

Jeśli nasze dążenia są zakorzenione w autentyczności – nie w fasadowych aspiracjach ani cudzych oczekiwaniach – i jeśli spójnie do nich dążymy, zwykle wystarczy połączyć to z ufnością i gotowością, by utrzymać się na tej drodze.

Czasem dodatkową przeszkodą mogą być bariery ukryte w naszym umyśle, oparte na poczuciu winy za realizację swoich dążeń, przekonaniu, że nie zasługujemy, albo na strachu przed zaufaniem sobie i podążaniem własną drogą. A czasem po prostu zwyczajny brak potrzebnych umiejętności, których z jakiegoś powodu nie uzupełniamy.

Patrząc z perspektywy poziomów energetycznych Davida Hawkinsa, dążenia zakorzenione w autentyczności pochodzą raczej z poziomu zaufania (250), gotowości (310) i sensu (400), a nie z poziomu biologicznego pragnienia (125). Więcej na ten temat można przeczytać w artykule Motywacja a poziomy świadomości.

Biologiczne pragnienie a działanie z poziomu sensu

Biologiczne pragnienie zawiera w sobie doświadczenie braku oraz pewne napięcie, czasem wręcz desperację, płynącą z naglącej potrzeby, by ten brak zaspokoić – a także niepewność, która temu towarzyszy: chcę czegoś, a tego nie mam; nie mogę na to przystać; nie wiem, kiedy to się wydarzy.

Natomiast zaufanie, gotowość i sens niosą w sobie zupełnie inną jakość: poczucie dostępności tego, do czego dążymy, oraz ufność, że może się to w naszym życiu stopniowo urzeczywistniać. Działanie staje się wtedy naturalne, niewymuszone, wypływające z autentycznego „ja”.

Trud czy zniechęcenie mogą się nadal pojawiać, ale nie wybijają nas z obranej drogi, jeśli wiemy, że idziemy w kierunku zgodnym z nami. A także, jeśli ufamy, że to, co ma się wydarzyć, przyjdzie w swoim czasie – czasem inaczej, niż planowaliśmy, lecz wciąż jako odpowiedź na nasze autentyczne dążenie.

Akceptujemy wtedy też, że życie może przynieść coś w trochę inny sposób niż zakładaliśmy – a nawet coś innego niż wydawało nam się najlepsze na danym etapie rozwoju. A jednak, w głębszym sensie, wciąż może to być odpowiedź na nasze autentyczne dążenie. Rozwój duchowy nie polega na porzucaniu pragnień, lecz na odzyskiwaniu wolności w tym, jak je rozumiemy i jak na nie odpowiadamy.

Zakończenie

Nie chodzi więc o to, żeby wyrzec się pragnień, emocji czy myśli, lecz żeby nie być przez nie przymusowo prowadzonym. Pragnienia mogą pozostać częścią życia, ale z czasem mogą być coraz bardziej osadzone w autentyczności, sensie i zaufaniu, a coraz mniej w desperacji, braku i przymusie natychmiastowego zaspokojenia. W tym znaczeniu rozwój duchowy nie odbiera życia, lecz pomaga przeżywać je pełniej i bardziej świadomie.

Ważnym wsparciem na tej drodze może być umacnianie wewnętrznego opiekuna oraz na przykład praca z intencją – o czym piszę w innych artykułach w działach Praktyki samorozwoju i Umysł.

 


O autorze

Paweł Malinowski – psychoterapeuta i lekarz. Od ponad 20 lat łączy podejście psychodynamiczne ze współczesną wiedzą o neurobiologii, regulacji emocji, znaczeniu doświadczeń relacyjnych oraz całościowym podejściu do zdrowia. Autor książki „Umysł, ciało, duchowość”. Więcej o mojej pracy można przeczytać w zakładce O mnie.